Słoń w składzie porcelany



Był słoń. Zwykły, albo i niezwykły, zależy jak patrzeć. Żył sobie trochę, choć nie całkiem długo, w starym, ciemnym składzie porcelany. Skład ten nie był jego miejscem, jednak dawał mu schronienie. Nie czuł się tam dobrze, szedł ciągle do przodu, bo tylko tak nie bał się poruszać. Czasem miał ochotę zatrzymać się, odwrócić; sprawdzić czy w ogóle istnieją inne kierunki. Nigdy jednak tego nie robił, bo wiedział, że w ten sposób stłucze otaczające go przedmioty. Ludzkie wytwory, człowiecze cząstki i ludzkie uczucia w nich zawarte. On, jak to on, nie wiedział co mu wolno. Nie chciał też ranić, bo wtedy sam czuł się zraniony.

Któregoś dnia, na jego drodze pojawił się tygrys. Tygrys, jak to kot, zwinnie przemieszczał się i skakał pomiędzy półkami. Nie możesz ciągle się bać, zacznij skakać. Bądź kim chcesz być, to proste. - powiedział dając susa w przestrzeń. On jednak nie umiał, bo przecież był głupiutkim słoniem a te wszystkie porcelanowe figurki wokół to najważniejsze co w życiu widział, widzi i chyba widzieć będzie... Choć czasem wdawało mu się, że czuje też coś innego, większego, co wydawało mu się tak znajome. Nigdy jednak tego nie widział. Coś, co powodowało, że wciąż szedł przed siebie i dawało mu to trochę otuchy.

Raz, w końcu, dał się ponieść emocjom. Skoczył. Sekunda podzieliła się na części dziesiąte, a następnie w setki i tysiące. Trwała nieskończoność. Nie usłyszał nic, albo po prostu nie chciał słyszeć. Udało się! - pomyślał, po czym otworzył zaślepione nadzieją oczy.

  


Podobno nie ma rzeczy niemożliwych. Podobno tylko od Ciebie zależy czy odniesiesz sukces, czy porażkę. On jednak się nad tym nie zastanawiał. To, co zobaczył, powiększyło mu źrenice.

  


Miliony białych, lśniących lekko w świetle księżyca kawałków porcelany.  Nie, nie udało się. Radość zamknięta w bieli znikła, znikła nadzieja i cel... Bo cóż on teraz może robić, gdy nic nie wytycza mu drogi? Gdy wokół tyle przestrzeni ale i zgliszczy? Błąkał się tak bez celu, długo dość, deptając szczątki swojej przeszłości.

Wtedy, sam nie wiedział już co to był za czas, zobaczył. Jedną, całą figurkę. Stojącą pośród tego bałaganu. Jedyny ocalały stąpający po trupach położonych ciężką bitwą. Przedstawiała jakąś ludzką sylwetkę, chyba kobietę... Podszedł bliżej. Zamknął oczy, znów nie wierząc swoim zmysłom. Otworzył. Znał ją skądś. Przecież kiedyś już ją widział... Zacisnął powieki ponownie, tym razem próbując ułożyć w myślach to co widzi. Otworzył. Zamknął. Później, gdy trzeci raz otwierał oczy, wydawało mu się, że w tym morzu odłamków to najpiękniejsze co mógł spotkać. Za tym trzecim razem jednak figurka przewróciła się. Miał wrażenie, że widział blady uśmiech na jej porcelanowej twarzy, gdy ta zaczęła się toczyć. Dalej i dalej, by za moment zniknąć z pola widzenia. Odeszła w mrok. Już jej nie widział. Nie drgnął. Nie czuł nic. Prawie nic.

Szukał jej jednak, bo tym razem już wiedział, że tylko od niego zależy czy ją odnajdzie, nikt nie jest w stanie pomóc. Dalej jednak nie wierzył. Nie był pewien czy jest w stanie to zrobić, bał się, że jak zwykle zatrzyma się już na początku drogi. Nie wierzył, czy to co się zdarzyło to prawda, czy może tylko iluzja. Nie wierzył w siebie. Pamiętał tylko to, co kiedyś mu powiedzieli. To, że życie robi z nas ślepców, by dusza mogła dać temu życiu jakiś sens.

Nie wiadomo czy dotarł. Ale odszedł. W nieprzeniknioną czerń. Albo biel, bo przecież zależy jak spojrzeć.





Komentarze

  1. to odniesienie do konkretnej sytuacji z zycia, czy wymysl wyobrazni ??

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz